|
anemia, being geeky, google, wątróbka
Bywa tak, że jest tyle pracy, że mija szósta godzina przy komputerze, a
ja się orientuję, że coś jest nie ok, bo z braku czasu nie było kiedy
obejrzeć dziś co tam na pudelku.
Takie złowrogie dni wymagają od wytrawnych graczy wprowadzenia w życie
absurdalnego pojęcia organizacji. Albo też ogarnięcia się. Albo chociaż
jakiejś minicząstki tego "się". Jak wiadomo, ja i organizacja stoimy na
dwóch przeciwnych biegunach, więc wprowadzenie w życie planu ogarnięcia
się jest dla mnie nielada// nie lada wyzwaniem.
Z realizacją planu jest, wiadomo, raz lepiej, raz gorzej (z naciskiem
na raz gorzej), ale odkryłam nową metodę ogarniania nawału pracy i
pragnę się nią pochwalić.
Mianowicie na ścianie przy łóżku mam ponaklejane post-ity z rzeczami do
zrobienia i to trochę działa. Trochę, bo może też odrobinę nie działać,
gdyż zdaję sobie sprawę z tego, że jakoś wczoraj wieczorem//dziś rano
(ciężko w takim okresie ogarniać punkty w czasie conie), parę post-itów
chyba spadło, bo ten ich klej wcale nie jest tak dobry, że mógłby
przetrwać energiczne przykrywanie/odkrywanie się kołdrowo-kocykowe.
Anyway, te post ity mnie cieszą, ale jak już to piszę, to widzę, że nie
potrafię wytłumaczyć dlaczego.
Zdaje się, że to postępujące z-geek-czenie. Bo bycie geekiem moi drodzy, to nie tylko nie dodające uroku okulary.
(Wiadomo, moda czyni cuda, więc jak modne, to wydaje nam się, że dodają
uroku, ale umówmy się, świat ludzi nieskrzywionych czasem przemawia np.
w osobach panów ochroniarzy, którzy nie zważając na całą resztę mojego
ultra-wylansowanego outfitu, patrząc na moje oksy mówią 'no jasne, dla
uli wszystko' => UlaBrzydula to taka polska ugly betty conie)
aha, miałam o byciu geeky... a więc. choć mogło się to wydawać
niemożliwe od momentu, kiedy ustawilam sobie na gmailu skin 'słodycze',
zapałałam jeszcze większą miłością do google. Gmail to wiadomo, google
maps też wiadomo, ale warto podkreślać te momenty, w których np.
dokminiam gdzie mogłabym w tej zagranicy nabyć pastry kicksy, a google
maps mówi mi gdzie jest jaki shopping mall. Aleale. Moje życie
autentycznie się odmieniło. Najpierw dzięki google wave conie, taki
radosny chichot to ostatnio prawdopodobnie zasponsorowało mi pierwsze
obejrzenie 'zmierzchu'... No dobra poraża mnie to, że można być tak
geeky, żeby wzdychać na myśl o czatowaniu z możliwością edycji
wypowiedzi rozmówcy w czasie rzeczywistym. A zatem, żeby się już nie
rozdrabniać dodam, że moment, w którym okazało się, że przecież jest
jeszcze google docs gdzie można w jednym czasie, zdalnie, pracować nad
jednym dokumentem, przeważył szalę i moja miłość do narzędzi
oferowanych mi przez gugle poprostu... poprostu ten. wybuchła i
posypało się konfetti.
A jak wszyscy wiemy, nie ma nic lepszego niż sypanie konfetti i brokatu :)
No i ten, co oprócz wątróbki, buraczków i szpinaku się je, żeby zwlaczyć anemię?
published: 2010-01-27 21:37:06
skomentuj(4)
przemijanie
i choć wcale nie jestem pewna czy mój wieloletni związek z blogusiem wciąż potrzebuje wystawiania się na widok publiczny (=czy to aby nie czas na kasację blogusia?), to wchodzę i apdejtuję obawiając się systemowego unicestwienia zapisu ośmiu (o_O) lat mojego życia. także ten.
published: 2010-01-03 17:16:16
skomentuj(4)
liścio zdmuchiwarka
siedzenie samemu, zwłaszcza na przełomie października i listopada, nie
wpływa korzystnie... prawdopodobnie na nic. no, chyba żeby przewrotnie
ująć to w odwrotny sposób - siedzenie samemu, zwłaszcza na przełomie
października i listopada, dodatnio wpływa na rozwój syndromu wypalenia.
życiowego.
musi być już bardzo zaawansowana noc polarna, bo mój własny smutny żart mnie bardzo śmieszy.
anyway.
(<parenteza>zszokowało mnie ostatnio, czyli jakieś dwa tygodnie
temu, że kogoś może kłuć lub w każdym razie, że ktoś może zauważać i
zwracać uwagę na użycie anyway jako słowa było nie było (=anyway?)
obcojęzycznego. w związku z tym pragnę nadmienić, że nie jest to
snobizm, lecz naleciałość, złe, lenistwem dyktowane przyzwyczajenie,
którego nikt w porę nie wyplenił. ułomność czyli.</parenteza>)
notkę tę wbrew pozorom sponsoruje literka z jak zabawa, a nie jakby można było przypuszczać s jak smęty.
z jak zabawa, ponieważ oto dziś rano bardzo przednio bawiłam się rtęcią.
(<parenteza>tak oto sprzedałam pointę tej historii, a jak wszyscy
wiemy moje historie należą do gatunku długich historii z krótką, jeśli
w ogóle, pointą, zatem niecierpliwym widzom życzymy dobrej
nocy</parenteza>).
ale jak można się domyślić, do wspomnienia dobrej zabawy jest też
anegdotka. anegdotka jest taka, że drugi tydzień siedzę w domu i
choruję. no dobra, drugi tydzień z przerwą na limud, z którego wróciłam
ze świetnym samopoczuciem, które tuż po zmierzeniu temperatury
zamieniło się w taką gorączkę, że jak się przewróciłam próbując
odkaszlnąć to przez kolejne 3 minuty usiłowałam wstać z podłogi. ale
spoko z podłogi podniosłam się do łóżka, conie. w każdym razie dopiero
od tego powrotu i tego śmiesznego odkrycia gorączki, czyli już po
jednym tygodniu spędzonym w domu, zaczęłam codziennie mierzyć
temperaturę. no i tak dziś rano chciałam zmierzyć w związku z czym
wywiązała się między mną a moją mamą pogawędka o tym, że unia
europejska wycofuje już termometry rtęciowe, bo nie ma metody
utylizacji rtęci i jest trauma. to stwierdzenie oczywiście wywołało
moje wzburzenie i szereg pytań takich jak: ale przecież takie
termometry rtęciowe się chyba nie przeterminowują? a co z rtęcią z
żarówek? i jakto nie ma? i jakto klasyczne, dobre termometry będą miały
bana skoro nikt nigdy nie widział dobrze działającego termometra
elektronicznego? i na takie pytania oczywiście można sobie odpowiedzieć
samemu. albo samemu właśnie nie odpowiedzieć. (<parenteza>no
dobra, oprócz tego o rtęć z żarówek, więc according to mama żarówki z
rtęcią też mają mieć bana</parenteza>), ale wniosek z naszej
pogawędki był taki, że co ta unia, coza wymysły, że przenigdy nie
zrezygnuję z tegoż oto termometru rtęciowego. po czym nie wiadomo jak,
wyciągając energicznie spod pachy, jak grom z jasnego nieba, własną
chorą ręką prawą o własną chorą rękę lewą zdaje się, ostatni w domu
termometr rtęciowy rozbiłam.
a potem był już tylko fun. bo rtęć jest super. bo te maleńkie
kuleczynki łączą się (!!) wdzięcznie w większą kuleczkę. a ta kuleczka
jest taka super śmieszna, że jak się ją włoży na kartkę i próbuje
gdzieś zanieść to ona pewnie wprawiana w ruch przez drżenie rąk, ale
bardzo śmiesznie szalenie się trzęsie i ucieka i spada z kartki i plask
rozpryskuje się z powrotem na dywanie w mnogość tych mniejszych
kuleczynek. i zapewne jest to zabawa jednorazowa, bo za drugim razem
już może nie śmieszyć + tylko dla ludzi, którzy mają odkurzacz, bo
wszystkich tych kuleczynek przyłączyć do tej kuleczki oczywiście się
nie da, niemniej jednak bardzo mi się podobało i nie wiem skąd się
bierze ta zakodowana z dzieciństwa trauma, że oboże jak zbita żarówka
to uwolniona rtęć omatkohuto armageddon.
published: 2009-10-30 00:42:42
skomentuj(3)
o ustepowaniu drogi na ulicy
(dzis tytul jest prosty i jasny, bo sprawa iscie filozoficzna, a zatem, by latwo sie nastepnym pokoleniom szukalo tego w archiwach, prosto byc musi)
wiec rozumiesz, izrael. jerozolima. wyobrazasz sobie, ze mogloby zdarzyc sie tak, ze ustapisz komus drogi na chodniku. w twoich wyobrazeniach, jako, ze to jerozolima, widzisz, ze tym, komu ustepujesz drogi jest na przyklad orto matka z gromadka dzieci, wzglednie nie-orto matka/ojciec z jednym dzieckiem w wozku, ewentualnie pan w futrzanej czapce, co sie spieszy i musi mu byc goraco w tym czarnym plaszczu w poludnie, byc moze jest to kolumna wycieczkowa z jakiejs religijnej szkoly dla dziewczat. rozne sa mozliwosci. te mozliwosci obrazowac moga leki, nadzieje albo zwykle prognozy.
izrael, jerozolima jednak, jako miasto szalenstw religijnych, zaskoczyc potrafi na kazdym kroku. nawet niepewnym kroku po chodniku. takim oto niepewnym krokiem poruszasz sie, a wlasciwie poruszalam sie ja, kiedy to dzis wieczorem, idac sobie w krotkich spodniach i baletkach, zaczelam skakac po chodniku czym predzej w bok, choc raczej w amok, poniewaz intynktownie musialam ustapic drogi DZIESIECIOCENTYMETROWEMU karaluchowi. rozumiesz. jerozolima, spacer wrzesniowym wieczorem, karaluch agresywnie przecinajacy chodnik i marta uskakujaca mu z drogi.
taki kop lekowo-adrenalinowy przycmil wszelkie inne wydarzenia zwiazane ze znajdowaniem sie oraz znalezieniem sie w jero.
bo tak, w pradze robilam to, co lubie najbardziej czyli jezdzilam metrem. bo tak, do kolekcji moich kradzionych lyzeczek dolaczyla lyzeczka czeskich linii lotniczych (w swietle faktu, ze bilet kosztowal ponad tysiac zlotych, mysle, ze nie byla to kradziez, lecz raczej bardzo ekskluzywny zakup). bo tak, pierwszy pan, ktory usiadl kolo mnie w busiku z lotniska do jero myzial mnie w tej busikowej saunie wlosami na rekach, a drugi pan troche na mnie spal (ale nie mial tak owlosionych rak, wiec spoko). bo tak, postanowilam/postanawiam rzucic sie w wir wakacyjno turystycznych emocji i czym predzej wyrwac marokanskiego dresa z zelem na wlosach, zlotym lancuchem i siedemnastka braci.
tak. ale to wszystko niknie w obliczu (DOSLOWNIE) dziesieciocentymetrowego karalucha, ktory wedlug siostrzanych relacji, byl stworzeniem MALYM.
biorac to wszystko pod uwage, zamierzam pojsc jutro do zoo i zobaczyc jakie zwierzece atrakcje jerozolima oferuje za pieniadze. ;)
tymczasem borem lasem, jak masz jakies marzenia do nabycia w izraelu lub tesknisz za mna niemilosiernie daj znac na fb, bo jako dziewczyna dobrze przygotowana na podryw, operuje aktualnie izraelskim nr telefonu ;)
published: 2009-09-06 22:12:34
skomentuj(3)
|