|
excuse me, im twelve
Zakorzenienie w strukturze konwenansów oraz wyniesiona z domu potrzeba spełniania społecznych norm mnie (być może, choć raczej jednak nie) kiedyś zabiją. A przynajmniej tak mi się wydaje w takich momentach jak ten, w którym się aktualnie znajduje. Otóż, drodzy chłopcy i dziewczęta, za pasem Pesach. Święto żydowskie, z pewnością znadujące się na gdzieś na szczycie listy "najważniejszych", zwłaszcza z perspektywy narodowej. (Dlaczego? Dlatego, że Mojżesz mówi "Ej, chodźcie, uciekniemy. Nie znacie mnie, nie mogę Wam wymienić konkretnych pozytywnych konsekwencji, ale uwierzcie mi na słowo, jestem Jego pośrednikiem", mówi też "Bilety na tę podróż do nabycia za pośrednictwem zabicia zwierzęcia czczonego przez grupę dominującą oraz posmarowania jego krwią odrzwi (w ramach <in your face>)". A Hebrajczycy, wystawiając się bezpośrednio na niebezpieczeństwo, naznaczają się i stają się tym Ludem wybranym. A potem uciekają. A ci, co nie uciekli, nie mają już miejsca na kartach historii, oni nie należeli do tego Ludu [no, może <odrobinę> należeli, no bo jednak zanim Mojżesz-Synaj-i-w-ogóle, to przecież jeszcze Noe-siedem-przykazań-i-w-ogóle]). Tak, czy inaczej, prawdopodobnie jest to TO święto, które stało się spoiwem narodu (?), a przynajmniej tak głoszą podania popkulturowe - ażeby to Pesach było TYM co się z tym judaizmem/tą żydowskością w swoim życiu czyni w cyklu rocznym. Jak możemy sobie wyobrazić ja pozostaję poza tym schematem, jako że mój związek z <tą żydowskością> ma raczej status "it's complicated". Niemniej. Znalazłam się (ku mojej ogromnej radości) i znajduję się, aktualnie, w otoczeniu a) żydowskim (Jewish environment) b) semi-formalnym (as opposed to semi-informal conie) i jest/jużprawieże Pesach. Nie powiem, wzrusza mnie poziom zainteresowania moich koleżanek i kolegów z pracy tematem "co to z Tobą będzie w Pesach?", ale też taką maleńką-ciut-odrobinkę mnie to rozbawia. A raczej ten taki przejęty ton mnie rozbawia i taka prawieżełezkawoku jak mówię, że będzie git, że zjem macę i jajko i będzie super. I że, tak, idę na świąteczny branczyk. Wtedy jest takie uff. Tak jakby mixed-festival-brunch był DALECE bliższym sederowi niż zjedzenie macy i jajka. Ale to nie klu tego tematu. Otóż w związku z tym, że Pesach jest takim dużym i ważnym świętem jest naszym tematem numer jeden - git oraz pojawił się temat wysyłania do wszystkich (z ukrytą listą adresatów) życzeń/kartki (generic) okolicznościowej. Znaczy ja się bardzo cieszę i w przypadku miłej, religijnej koleżanki, która wysłała nam też kartkę na Purim - ok, spoko, ale w momencie, w którym ziom, który kiedyśtam w jakimśtam kontekście mi opowiadał (naturalnie, nieco prowokacyjnie) o tym jak dalece fantastyczny stek wieprzowy jadł ostatnio, wysyła do wszystkich okolicznościowe życzenia z załączonym artykułem Jonathana Safrana Foera nt Hagady (JSF ostatnio był zaangażowany w wydanie nowego tłumaczenia Hagady na angielski, więc to nie jest aż takie dziwne, że coś pisze na temat ;) - to pojawia się pytanie czy zatem taki jest protokół, że NALEŻY publicznie sformułować życzenia świąteczne dla wszystkich? Kłopocik polega na tym, że ja im wszystkim życzę z całego serca jak najlepiej, na okoliczność Pesach oraz wszystkich innych dni w roku. Oczywiście, tak, życzę im Pesach sameach wekaszer, ale czy werbalne zapewnienie nie wystarczy? Bo ja bym chciała (celem zachowania sanity - muszę) zachować się odpowiednio, niemniej nie jestem pewna, że wszyscy byliby w stanie docenić/wzruszyć się faktem, że wręczono im ręcznie wykonany z użyciem brokatowego pisaka bilecik okolicznościowy - bo to jest rzecz, którą ja bym zrobiła. Ale jak o tym myślę... To jest jak poczta szabatowa na koloniach - są osoby, do których całym sercem chcesz wysłać kartkę, najlepiej najpiękniejszą, ale są też osoby, którym średnio masz cokolwiek do powiedzenia, więc pozostaje ci tylko "Szabat szalom" (z domyślnym - jak podmiot domyślny - nie umiem wymyślić nic więcej co mogłabym zakomunikować ci na tę okoliczność. FML.)... I o ile na koloniach zrobisz tyle kartek i dostaniesz tyle kartek, że albo nie będzie Ci się chciało, bo za dużo, albo bo tylko jedna - w każdym razie, no nie porównasz co kto komu życzy, to w otoczeniu ludzi dorosłych, którzy ewentualnie pokuszą się o bezosobowego, a jednak zobowiązującego maila - no nie uciekniesz, jak komuś zrobisz ładniejszą kartkę (no bo tej religijnej koleżance co wysyła zawsze kartki, to bardziej chcę pożyczyć wesołej macy niż reszcie conie) to się wyda. No i jak tu wyjść z takiego impasu z klasą? #firstworldproblems #fearofrejection #fml
published: 2012-04-04 14:28:46
skomentuj(1)
kłopociki komunikacyjne
w ramach anegdotki wstepnej powiem, ze I may (or may not ;) have cried jak wynosili trumne Whitney i lecialo "I will always love you". (tak, pogrzeb Whitney byl w streamingu na zywo. to dopiero dodatek do wspominanego przeze mnie kiedys przedmiotu "śmierć w ujęciu historycznym i antropologicznym"...)
główny powód, dla którego zaczęłam pisać tę notkę to zamknięcie library.nu. wydarzenie to wzbudziło we mnie wiązkę uczuć i myśli oscylujących wokół własności intelektualnej, dostępności źródeł naukowych, creative commons i open access. (trzeci raz zaczynam tę notkę. pół-żart, na który pozwoliłam sobie w piątek w pracy mówiąc "but I have problems to express myself in any language" obrócił się przeciwko mnie) wydaje mi się, że nauki humanistyczne w dzisiejszych czasach nie mają szans na rozwój, a właściwie ich rozwój hamowany jest przez strach naukowców przed creative commons. student, z definicji, jest jednostką funkcjonującą, że tak powiem, na finansowej dojazdówie. czyli nie jest lekko. tym bardziej na doktoracie, bo albo masz stypendium i jesteś, jak to powiedziała pewna moja koleżanka doktorantka, uniwersytecką dziwką, albo przez obowiązek chodzenia na przeróżne zajęcia musisz się naprawdę wysilić, żeby popracować i związać koniec z końcem. gdzie tutaj fundusz na najnowsze pozycje naukowe/płatny dostęp do nich online? nigdzie. to co się dziwić, że serwisy skracające polowanie na nieprawą kopię w necie cieszą się taką popularnością? czy nie prościej, także z perspektywy autora, który zapewne chciałby zbijać punkty za cytowalność pozycji, byłoby nie zaprzedawać duszy diabelskiej machinie i oddawać wszystkiego w ręce wydawnictwa, lecz jednak zastanowić się nad użytkowalnością tego co się popełnia i pozwolić na szerszy dostęp do tego co się popełniło? naprawdę, przepraszam, sama się gubię w tych dziwnych tworach gramatycznych, które tu tworzę, ale jestem bardzo zdeterminowana, by choć podjąć próbę przekazania moich myśli na ten temat, bo jak ich nie przekażę to wybuchnę. ostatnio natknęłam się też na taki serwis academia.edu - bardzo miła jest to propozycja. aż żeby swoim życiem dawać przykład otwartości i chęci dzielenia się tym co popełniłam, myślałam o tym, czy by nie dodać JEDYNEJ rzeczy jaką mogłabym dodać od siebie czyli mojej magisterki. i zrobiłabym to z radością, gdyby nie ten drobny fakt, iż zdaję sobie sprawę z tego, że jest to praca pozostawiająca wiele do życzenia. oczywiście, że obroniona na 5. w opinii mojego promotora nawet wzorowa. szkoda, że jak (nie mam pojęcia dlaczego) ją czytałam już po obronie to w pierwszym rozdziale zauważyłam błędy, literówki, nie mówiąc o warstwie metodologicznej, pozostawiając poza dyskusją jej zawartość merytoryczną. więc ja nie posiadam odwagi cywilnej, by pokazać światu naukowemu mojej pracy ze względu na poczucie żeny, czy polscy naukowcy zapierający się rękami i nogami przed otwartym dostępem kierują się tym samym? bo jeśli tak, to spoko, sory, nie ma o czym mówić. niemniej, wydaje mi się, że przy całym zamieszaniu z acta, w świecie, w którym wiedza zostaje poddana spieniężeniu, głównie na korzyść wydawnictw, niechęć do creative commons/otwartego dostępu to strzał nawet nie w kolano, a w udo (=> tętnica udowa, kula w sercu, zgon).
published: 2012-02-18 22:44:31
skomentuj(0)
roznice kulturowe
jest -8 stopni (w prognozie pisza "feels like -14" i maja racje). ja mam na sobie sweterek, windstoperek, kurtke zimowa odpowiednia na alpejskie wycieczki, dwa szaliki i czapke. paryzanka ma na sobie jesienny plaszczyk, szal bawelniany z india shopu i rajstopy 40den.
mamo, tato, jesli sie okaze, ze mleko z maslem, miodem i czosnkiem, to sciema, to sie bedziemy gniewac. zdrowie! (serio. ale musze odejsc od komputera na czas konsumpcji - tak na wszelki wypadek).
published: 2012-02-07 21:17:36
skomentuj(2)
bułka paryska/bułka wrocławska
bułka z wrocławia leży w kuchni na blacie, bo nie było w ciągu dnia okazji, żeby ją skonsumować. chleb z paryżu leży na półeczce w szafce, bo pierwsza półeczka w szafce nad zlewem będzie półką na chleb i herbatę. wieża ajfla świeci reflektorem jak latarnia morska (nie, nie widzę jej z okna, teraz. widziałam wcześniej jak byłam w gościach, gdzie z okna ponad blokiem po drugiej stronie ulicy było widać jej czubek i ten reflektor było widać). dziś odbyłam pierwszą wizytę w lokalnym spożywczaku (pani w kasie przede mną, w sieciówce, o ile dobrze podsłuchałam, powiedziała "reszty nie trzeba", a kasjerka powiedziała "dziękuję". do teraz zachodzę w głowę czy źle podsłuchałam, czy ta reszta to były dwa centy, czy jednak jest to kraj, w którym kasjerce daje się napiwek), jutro pierwsza podróż metrem. i tak oto minął pierwszy dzień reszty mojego życia. :)
published: 2012-01-20 00:42:56
skomentuj(1)
make life bearable: pisanie magisterki
spójrzmy prawdzie w oczy, mogłabym w ramach kariery zawodowej zostać kasią tusk. mogłabym w sensie chciałabym ;) więc jeśli ktoś jest zainteresowany sponsorowaniem mnie w zamian za nieco żenujące wzmianki na blogasku, zapraszam. może to być nawet pasztet profi (jestem znana z jedzenia kanapek z pasztetem).
nie wątpie, że ktokolwiek, kto trafiłby tutaj jako czytelnik byłby w stanie i bez takiej notki się ogarnąć, ale ja zapiszę sobie na przyszłość kilka złotych myśli, bo może kiedyś jeszcze będę coś pisać.
oczywiście, przedstawiony poniżej plan, jak każdy model, odnosi się do określonych warunków, tu: aby dokonać dzieła ASAP, powiedzmy w dwa tygodnie (całe dwa tygodnie, nie dwa tygodnie robocze) należy wziąć L4/urlop z życia i napierać dzień i noc.
wyznaczenie deadline'u.
nóż na gardle jest najlepszym motywatorem. deadline musi być datą dzienną, najchętniej już zaistniałą w świadomości innych ludzi i administracji. bo do momentu, kiedy jest to data "wiosną" lub "w marcu", jest wiele minut do spędzenia na wszystkim innym. bo jak się okazuje, że jest czas tylko do 12 marca, to nagle jasnym się staje, że to tylko xx dni, a przecież w tym czasie są jeszcze różne innej maści zobowiązania, więc jakby, już jest za mało czasu = trzeba dziubać.
najmniejsza linia oporu.
oczywiście, jeśli czyta to człowiek ambitny, to w tym momencie skacze mu ciśnienie, robi się czerwony i krzyczy przekleństwa. ale moi drodzy, jeśli szczera odpowiedź na pytanie chcesz napisać pracę magisterską czy chcesz dostać nobla? jest inna niż MGR, no to bardzo mi przykro, trzeba cierpieć katusze. ale pragnę zauważyć, że (w naukach humanistycznych) prace mgr są generowane w takim nakładzie, że raczej nikt nie pokłada nadziei w ich autorach, aby mieli coś wspaniałego i nowatorskiego popełnić. mgr trzeba napisać i obronić. wiadomo, najmniejsza linia oporu, nie oznacza braku pracy, niestety, tak to się nie da. (da się, widziałam w internecie, ale przecież ani nikt z Was, ani ja nie znamy człowieka, który posunąłby się do tego, żeby kupić napisaną już pracę) najmniejsza linia oporu w tym wypadku oznacza: chillax, nawet jeśli w twojej głowie kłębią się miliony myśli, nie musisz napisać O WSZYSTKIM. w tym pomaga także
PLAN PRACY/KONSPEKT.
zapewne dużo mniej stresu i chorobliwej, lękowej prokrastynacji musiałabym przejść, gdybym miała napisany plan. bo jak ma się napisany plan od samego początku, to można sobie także ustawić grafik, że w tym tygodniu napiszę to, a w przyszłym to. i nie wisi na tobą PRACA MAGISTERSKA, tylko takietam rozdział o tym albo o tym, albo coś jeszcze innego, co zdarzyło ci się już w czasie studiów popełnić, swobodnie, na noc przed terminem. mając plan pracy możesz też wypisać sobie parę kluczowych hasełek, z którymi idziesz do biblioteki i szukasz:
Bibliografii.
Fakt, ja przez pięć miesięcy, oprócz hardkorowej prokrastynacji, która pozwoliła mi na rozwinięcie umiejętności kulinarnych, ale i poczucia winy i stanów lękowych, zajmowałam się czytaniem całej bibliografii świata, którą sobie rączo i ochoczo skserowałam przy pierwszej i drugiej wizycie w bibliotece. ten proces inkubacji i dojrzewania do tego, żeby a)napisać plan pracy i b)zacząć pisać pracę był najdłuższą częścią mojego "pisania mgr", który min. zabrał mi lato i wakacje, bo nie wybyłam na żaden wywczac, gdyż dzień w dzień czytałam/gotowałam/gapiłam się w pusty plik. wydaje mi się, że można takiego stadium uniknąć. zacznijmy od tego, że kluczowe słowo znajdujące się w tytule pracy obczajamy w słowniku/encyklopedii danej dziedziny, dzięki czemu dostajemy do ręki "klasyków", którzy się daną tematyką zajmowali. wiedząc kto pierwszy o tym pisał, można wziąć do rąk kilka klasycznych cudeniek i przewertować je poszukując jakichś interesujących przez pryzmat planu, treści. następnie, po tym jak juz poobczajaliśmy w katalogu hasło przedmiotowe wybieramy sobie x pozycji, ewentualnie idziemy do archiwum i szukamy prac magisterskich/doktorskich na podobne tematy i obczajamy jaką inni mieli bibliografię (ja tego nie zrobiłam, bo dowiedziałam się, że tak można dopiero jak składałam pracę do rejestracji i zastanawiałam się komu ach komuż miałaby ona być w tym archiwum udostępniona, ale przede wszystkim potrzebna???!). mając ileśtam pozycji ogarniętych, kodując w głowie konspekt pracy, wertujemy źródła tak, aby do każdego podpunktu w konspekcie się coś znalazło w minimum jednej pozycji i heja. mając paru klasyków i trochę współczesnych autorów, to tyle, nie ma co brnąć i szukać szukać szukać. ja przy pierwszej i trzeciej wizycie w bibliotece nie udało nam się dotrzeć do czegoś, znaczy, że wydawnictwo nie zadbało by była pozycja odpowiednio oznaczona, by ją znaleźć w katalogu - bo nie było to nic koniecznego do odnalezienia. +jak gdzieś cię odsyłają do kolejnej pozycji, ale ty już masz coś na ten temat ogarnięte, to nie szukaj dalej, bazuj na tym co już masz.
źródła/pomoce nie-bibliograficzne.
naturalnie, pisanie wszelkiego rodzaju ułatwia BRAK INTERNETU(/ZABLOKOWANY FEJSBUK, 9GAG I RESZTA).
choć z drugiej strony SŁOWNIK SYNONIMÓW do napisania pracy z dziedziny humanistycznej wydaje się nieodzowny. ja załatwiałam to tak, że słowa, które mi się powtarzały lub chciałam zmienić zapisywałam capslockiem i zaznaczałam na czerwono, przez co mogłam do nich wrócić w momencie, w którym już nie byłam w stanie PISAĆ, ale mogłam SZUKAĆ SYNONIMÓW.
BIBLIOTEKA jest o tyle pomocna w pisaniu pracy, że nie ma w niej łóżka, kuchni, telewizora, własnej podłogi, na której leżenie jest bardziej przystępne psycho-fizycznie niż pisanie mgr. w bibliotece możesz przyciąć komara na biurku, ale nie będzie to na tyle wygodne, żeby trwało więcej niż kwadrans. + w bibliotece nikt nie będzie cię zachęcał/kazał/prosił o zrobienie miliona innych rzeczy.
samo pisanie może wydawać się nieosiągalne lub za trudne także wtedy, kiedy nie masz zielonego pojęcia jak wygląda praca mgr. oczywiście, bardzo możliwe, że na wszystkich innych uczelniach i kierunkach ludzie po pięciu latach studiów jednak wiedzą jak wygląda mgr. no ja nie byłam pewna. więc gdyby nie PRACE INNYCH LUDZI, na tematy inne niż mój, ale z tej samej dziedziny, to nie wiedziałabym ile ma być rozdziałów, jaki jest ich podział, jak zacząć, jakie są zdania przejściowe, jakim okrągłym zdaniem rozpocząć/zakończyć pracę.
triczki.
napoje energetyczne według mnie działają głównie na zasadzie placebo. ale jakież skuteczne jest to placebo. jako że liceum już dawno za mną, mój wybór padł na inny energetyk, którego nazwy nie podam, bo mnie nie sponsorują przecież, ale dla mnie jest to 'sok z gumijagód', bo jest fioletowy. nie bez znaczenia, był też fakt, że puszka tego akurat napoju sprzedawanego przez kokakolakompany kosztuje 3.29 zł. więc dwa burny na dzień swobodnie mieszczą się w budżecie na posiłki. energetyki są zazwyczaj zimne, o dziwnym smaku, mają sto kilo cukru w kropli i takie ostre bąbelki, przez co już pierwszy łyk pobudza organizm do walki. zwłaszcza o zęby i o przewód pokarmowy.
+ pisz w odstępie 1, a od czasu do czasu, kiedy zechcesz sprawdzić 'ile już mam?' spłynie na ciebie sama radość ;)
+ KROPKI STAWIAJ PO NUMERKACH PRZYPISÓW. nawet jeśli wydaje ci się, że inaczej wygląda ładniej lub bardziej odpowiednio.
+ jak masz fragment lub rozdział z dużą liczbą tabel czy rysunków, to odrazu twórz sobie wordowy wykaz, bo potem to jest upierdliwe to wszystko po kolei dodać do spisu i jeszcze spisać numery stron. serio.
podsumowując,
uratują nas tylko przerażenie, że nie zdążysz, energetyki, czekolada (dla osłody i pracy mózgu), brak netu, grube nakurwianie, biblioteka i umawianie się w niej z kimś, kto też pisze pracę, co nie pozwoli rano zrezygnować z wyjścia z łóżka, żeby nie wystawić przyjaciela do wiatru.
bo to się serio da, tylko trzeba usiąść i napisać.
published: 2012-01-12 18:41:40
skomentuj(2)
listopad
od dwoch miesiecy remont domu moich rodzicow jest juz na ostatniej prostej, ale nieustanny kontakt z popularnymi stacjami muzycznymi prezentuja mi panowie ocieplajacy dom obok. wniosek jest jeden: choc najprawdopodobniej najczesciej granym wykonawca byla adele, zdecydowanym hitem minionego lata jest moves like jagger. dzien bez moves like jagger to dzien stracony.
a przechodzac do rzeczy. chodzilam na takie zajecia (teraz musze wyciagnac indeks z szuflady i go przekartkowac) śmierć w ujęciu historycznym i antropologicznym i oprócz fascynujacych faktow z historii pochowkow i cmentarzy, byly tez jedne zajecia nt smierci w sieci. i ja chyba nawet na nich nie bylam, tylko bylam na jakichs nastepnych... albo wlasnie nie bylam tylko na zaj. dotyczacych cmentarzy w sieci, a smierci w ogole tak? nie pamietam. w kazdym razie, te zajecia, na ktorych nie bylam, to napewno byly te zajecia, na ktorych grupa fakultetowa na etnologii wypracowala ten odpowiedni sposob zachowania w sytuacji, ktora sprawia mi pewien, nie klopot, a dylemat aktualnie.
no bo. jak mamy czlonka rodziny i on umiera, to teoretycznie, wydawaloby mi sie, ze powinno sie usunac jego profil z portali spolecznosciowych. (bo ja np. jakos tak sie niezrecznie czuje jak przychodzi przypomnienie, ze dziewczynka, ktora umarla ma miec jutro urodziny.) ALE. jak to jest fanpejdż to czy tez trzeba? bo taki fanpejdż moze byc miejscem, do ktorego bedziemy sie udawac w nanosekundowych momentach zadumy dopadajacych nas podczas wertowania sieci, obczajania pudelka, szukania info do pracy i innych. no bo. no nie bede juz pisac opisow w imieniu Barnulka, ale przeciez nie moge usunac jego fanpejdża, bo przeciez on byl nie tylko moim, ale i Waszym, ogolnodostepnym bohaterem dnia codziennego. i teraz jest mi tak smutno.
published: 2011-11-10 14:25:52
skomentuj(1)
cykl życia
<anegdotka wstepna>kupowalam ostatnio cienkopis w empiku i przydarzyla mi sie rzecz calkiem niespodziewana. mianowicie, szara rzeczywistosc, uplyw czasu oraz rozne inne ze zbioru 'cliche' walnely mnie, ze tak powiem, prosto i bez pardonu w sam ryj. otoz tej jesieni empik wypuscil serie zeszytow, na ktorych okladkach widnieja psy i koty wystylizowane na rozne gwiazdy. i kiedy ja zachodzilam w glowe, ktory z wielu czarnych cienkopisow wybrac, mego ucha dopadla konwersacja, a wlasciwie chyba monolog nastolatki, ktora wraz ze znajomymi rowniez pojawila sie na papierniczym stoisku empiku (mysle, ze empik powinien mi dac jakis kupon upominkowy, tyle razy uzylam juz ich nazwy. jestem prawie, ze Kasia Tusk swiata geekow + biorac pod uwage poczytnosc mojego blogaska posrod klientow lub potencjalnych klientow omawianego sklepu, powinni mnie uczynic conajmniej królowa dzialu marketingu (nie tak bardzo) szeptanego ;).
xx: ej, umiecie wszystkich poznac?
xx: snoop dogg, adele, michael jackson...
xy: john lennon, to napewno john lennon
xx: no tak
...
i wtedy dopadlo mnie, ze ja przeciez juz widzialam wczesniej te zeszyty i chwila chwila chwila... ADELE? AUDREY HEPBURN. OMG dla nich to jest Adele!
w tym momencie moje serce i dusza rozdarly sie na pol, zachichotalam troche radosnie, a troche nerwowo w duchu, bo jaktoto, czy mozna nienaprostowac mlodych ludzi, ktorzy naturalnie, slusznie rozpoznaja stylowe Adele, nie wiedzac jednak, ze stylowa Adele jest jednak stylowa Holly Golightly(klik)? ale czy w ogole nalezy sie mieszac? ILE JA MAM LAT, ZEBY BYC TA STARA KOBIETA, KTORA SIE WTRACA W KONWERSACJE?! totez ugryzlam sie w jezyk i postanowilam przezywac te sytuacje w srodku tej doroslej osoby nie przynalezacej do swiata mlodych, ktora sie na tych sekund piec stalam. w zwiazku z czym pisze o tym na blogusiu ;) </anegdotka wstepna>
a skoro jestesmy przy doroslosci, to wiadomo nie od dzis, ale zawsze warto powtorzyc: nie jest lekko.
przyszla jesien, niekontrolowane napady placzu, wzmozony apetyt i sklonnosc do melancholijnego spogladania w sufit. ale ja wcale nie o tym.
chcialam wyrazic swoj sprzeciw oraz brak zrozumienia dla wszechogarniajacych, zewszad dostepnych, choc nie zawsze wiadomo przez kogo sprecyzowanych, wysokich wymagan (glownie wobec mnie. znaczy wobec innych tez, ale te wobec mnie to mnie tak do zywego dotykaja ;). bardzo sie ciesze, ze moi znajomi, przyjaciele, tlumy ludzi z mojego pokolenia osiagaja wiecej. tylko nie bardzo rozumiem, czemu i ja musze. czemu niebezposrednio, ale defaultowo moje otoczenie (wiedzcie, ze nie jest to atak na nikogo z Was ani tez w ogole na zadna konkretna osobe) nie akceptuje faktu, ze moim ulubionym zajeciem jest konsumpcja? wiadomo, bycie producentem jest super, sie cos daje od siebie i w ogole. ale ja nie bardzo mam co i nie bardzo mam ochote, skoro jest tylu ludzi do okola, ktorzy sie doskonale odnajduja w tej roli. czemu mam poczucie bezustannej presji naginajacej sie w strone obowiazku osiagania, piecia sie wyzej, zdobywania, osiagania sukcesu? (hihihihihi, cisnie sie na usta: bo mam paranoje :P) przeciez ten sukces, w jakiejkolwiek by on nie byl dziedzinie, to jest straszna orka i sam stres. prawda, czesc presji naturalnie bierze sie z tego, ze ja na nia jestem podatna bardziej niz statystyczny czlowiek, jak rowniez z tego, ze rzeczy, prawda, proste, elementarne wrecz jak np. napisanie pracy mgr zajmuja mi wiecej czasu niz innym. ale przeciez sie staram i robie to conie. i zaluje bardzo, ze moge byc tylko samozwancza krolowa prokrastynacji. bo to juz by bylo jakies osiagniecie conie. w kazdym razie, jasno chcialam zakomunikowac, ze moze to pusty frazes, hih nawet jak nie, to i tak zenada, ale jesli liczy sie droga, a nie dojscie do celu i ktos z odbiorcow blogusia mialby potrzebe chwilowo poprawic sobie jakosc zycia dzieki nie mysleniu oraz ochote przekonac sie o fantastycznosci drogi, polecam przyrzadzanie szalonych potraw oraz robótki reczne, a dla tych, ktorzy moga sobie i na to pozwolic lezenie na miekkim dywanie, chocby w sklepie.
published: 2011-09-25 23:34:58
skomentuj(2)
|